Kluczem do najnowszej powieści Ołeksandra Kłymenki, pochodzącego z Łucka, a
mieszkającego obecnie w Polsce ukraińskiego poety, prozaika, muzyka i krytyka,
jest triada: miłość, śmierć i sztuka. I może jeszcze klucz czwarty – wybór.
Jak pisze Bohdan Zadura: „Wybierają tu wszyscy – i główni bohaterowie, i
ukraińskie społeczeństwo, wybierają między rodzajami miłości, wybierają między
sztuką – bo nie karierą w sztuce – a życiową stabilizacją, między
uzależnieniem od Rosji a europejskimi aspiracjami, chociaż to drugie można by
zastąpić przyzwoitością, między konformizmem i buntem (…). To powieść
atrakcyjna w lekturze i wzruszająca, mistrzowska, jeśli chodzi o budowanie
nastroju, pierwsza, w której znalazłem literacki obraz wydarzeń na Majdanie w
2008 roku. W pewnym sensie bardzo ukraińska i zarazem uniwersalna”.
Iluzornost existence v povídkách mistra ukrajinské krátké prózy.
Ještě dlouho jedu na tom kole – s Mendělejevem a Čiurlionisem.
Jeden mě učí chemii:
„Opakuj: ‚ar-gen-tum‘,“ říká.
Vidím, že v levé ruce má konfederátku.
Druhý povídá, jak sešlapovat pedály kostelních varhan:
„Nohy dáš takhle.“
V pravé ruce štětec.
Ve škole jsem v chemii zrovna nevynikal, ale učitelka mi dávala dvojku. A kostel v našem městečku „modernizovali“ – napůl zbořili, nazvali ho moderním kinem. Sedmkrát jsem zhlédnul Seeta Aur Geeta a devětkrát Sholay. Hema Malini tam půvabně tančila. V kapličce předělané na střelnici jsem trefoval kovové zajíce. Z olověných broků jsme si vyráběli olůvka…
Když jsme byli malí, chodili jsme na ryby.